Szkoła słuchania

przez admin w dziale Filokalia

Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni jest pierwszym z tych wie­lu nawiedzeń w czasie ziemskiego życia domu Ojca przez Syna Boże­go, zanim sam stał się tą Najwyższą Świątynią obecności Bożej na zie­mi. W Ewangelii wydaje się, że Jezus nigdy nie traktuje świątyni ja­ko miejsca modlitwy, a raczej jako miejsce słowa – miejsce, gdzie po­winno się słuchać. Za pierwszym razem był małym i milczącym dzie­ckiem; zaraz po tym wydarzeniu Ewangelia ukazuje nam Go ja­ko młodzieńca, który przysłuchuje się starszym i przyjmuje ich na­­ukę. W czasie całej swojej publicznej działalności Jezus był tym, który nauczał w porę i nie w porę, próbując otworzyć uszy narodu żydo­wskiego.

Kiedy rozpoczynasz swoje zakonne życie, chciałbym zwrócić two­ją uwagę na przykład, jaki daje nam nasz Zbawiciel, którego wo­lą było, aby ludzie kształcili Go i formowali; później sam stwierdził, że nie znalazł posłuchu u swego narodu. Spróbujmy zobaczyć, jak życie monastyczne, które dzisiaj rozpoczynasz, jest również szko­łą słuchania. Bowiem także i my stawiamy na twojej drodze wiele prze­szkód, a zwyciężysz tylko dzięki wytrwałości w dążeniu do celu, któ­rym jest gorące pragnienie spotkania Chrystusa.

Najpierw zobaczmy, co na ten temat mają do powiedzenia nasze Statuty. W wielu miejscach kładą one nacisk na fakt, że samotność nie jest celem samym w sobie; służy ona jedynie temu, abyśmy mo­gli usłyszeć Boga w naszym wnętrzu. Jest to ważny temat, który po­wtarza się w wielu rozmaitych formach. Podobnie jak prorok na gó­rze Horeb i my mamy przyjąć postawę słuchaczy – mamy rozmawiać ze Słowem Bożym; musimy otworzyć Bogu wszystkie drzwi na­szej duszy, tak aby w ciszy mógł On w nią wejść poprzez milczenie. Mamy jak spokojna tafla jeziora stać się niezmąconym odbiciem Chrystusa. Te różnorakie obrazy próbują nauczyć nas jednej rzeczy: jak­ powiedziała siostra Elżbieta od Trójcy Świętej – musimy stać się w pełni „enseignable” – „zdolni do przyjęcia nauki”. Musimy stać się wewnętrznie wolni; nie możemy zaśmiecać naszych dusz hałasem i aktywnością, lecz musimy stać się czujni i gotowi do rozpozna­nia, często tak subtelnych, znaków obecności Pana przemawiają­cego do naszych serc.

Słuchanie drugiego człowieka przygotowuje nas na słuchanie Bo­ga. Nasze Statuty kładą nacisk na dobre podejście do braci, gdy na­darza się sposobność rozmowy z nimi, na to, jak się do nich odno­­simy. Musimy wiedzieć, jak ich słuchać i starać się ich zrozumieć za­równo sercem, jak i umysłem; musimy wznieść się ponad pozory i nie przejmować się tym, że mogą oni inaczej podchodzić do tych sa­­mych problemów. Tak więc Statuty przedstawiają nam całą naukę, jak mamy słuchać. Słuchanie innych nie jest na pewno celem na­szego życia, choć sposób, w jaki traktujemy naszych bliźnich, ćwi­czy nasze serca w milczeniu, po to, aby być gotowym na przyjęcie tajemnicy drugiego człowieka. Niezależnie od okoliczności, nie mo­że być dla nas najważniejsza ta czy inna wiadomość, ale poprzez tą wiadomość powinniśmy odkryć głębię serca tego, który do nas prze­mawia. Jeżeli nie jesteśmy w stanie tak postępować z braćmi, któ­rych widzimy, jakże więc możemy postępować tak z Bogiem, któ­rego nie widzimy?

Są to tylko krótkie, lecz wystarczające wskazówki, abyś zobaczył, jak dotykają one sedna naszego życia w samotności. Samotność ta bowiem nie polega na zamknięciu się w czterech ścianach, po to, aby odciąć się całkowicie czy też po to, aby odmówić przystę­pu innym, aby za wszelką cenę starać się być tylko sam ze sobą. Prze­ciwnie, samotność jest tym uprzywilejowanym miejscem, gdzie mo­żna słuchać; to miejsce milczenia, ale nie opustoszałe. To obszar jed­ności z rzeczywistością, której żadne słowa nie są w stanie wyrazić. Normalnie więc z radosnym entuzjazmem poddajemy się dosko­naleniu milczenia i sztuki słuchania. Niemniej, jak doświadczenie pokazuje, rezultat często odbiega od naszych oczekiwań.

Po krótkim podsumowaniu pouczeń, jakie dają nasze Statuty, mu­simy być całkowicie świadomi tych wszystkich przeciwności, któ­re pochodzą z głębi naszego wnętrza, a które czynią nas niezdolny­mi do przyjęcia tej szczerej postawy słuchania drugiego, obojętnie czy będzie to sam Pan, czy też nasz brat.

Jest to widoczne, często w smutny i upokarzający sposób, w na­szych codziennych stosunkach z innymi. Po pierwsze w liturgii – mo­dlitwie wspólnotowej, wymagającej ustawicznego słuchania in­nych, po to, aby zharmonizować z nimi nie tylko głosy, ale i nasze ser­ca. Z kolei to nasze rozmowy, te indywidualne czy też w grupach, w czasie rekreacji czy na przechadzkach. Są to drobne okazje do po­magania sobie nawzajem czy reagowania na obecność brata. Doświa­dczenie pokazuje, że jesteśmy w tych sytuacjach narażeni na to, co można nazwać deformacją samotności.

Spontanicznie każdy z nas przyzwyczaja się do życia w izolacji we własnej celi, gdzie nie ma przeszkód dla własnych pragnień, gdzie nikt nie zamyśla spierać się ani nie ma konieczności przyjęcia opi­nii odmiennej od naszej własnej. Kończy się to tendencją do sku­­piania się na sobie samym. Na każdym etapie ograniczają nas ba­riery naszego małego światka. Jesteśmy pochłonięci naszą własną re­­ligijnością; nasze rozmyślania zawsze powracają do tych samych ulu­­bionych tematów; wszystko jest urządzone według naszego własne­go gustu; mamy własny sposób na wszystko; jest to więc pewien ro­dzaj systematycznie organizowanego egoizmu, który grozi nam zam­knięciem w sztywnych ramach.

Prawie automatycznie kończy się to tym, że gdy jesteśmy z inny­mi, nakładamy na siebie pewien rodzaj maski po to, aby strzec na­szego małego skarbu. Stajemy się niezdolni spotkać się z kimkolwiek. Nasze najgłębsze ja jest dobrze strzeżone – nie jesteśmy wcale za­interesowani ani nie mamy najmniejszej chęci zbliżyć się do najgłęb­szego ja naszego brata. Do jakich komplikacji może to nas dopro­wadzić! Pozostaje bowiem ryzyko, że na długo nasz stosunek po­zo­stanie na poziomie pozorów z obopólną zgodą na to, aby unikać iry­towania siebie nawzajem. Ośmielę się powiedzieć, że więź miłości nie pozostaje tutaj właściwie pogwałcona, lecz przez wszystkie uniki i zaniedbania może stać się o wiele słabsza i powierzchowna.

Jest to kwestia doświadczenia i rozumie to każdy z nas, o ile jest wystarczająco ukształtowany, aby widzieć, co się dzieje w jego wnę­trzu i wokół niego. Łatwo więc wyciągnąć wnioski dotyczące na­szego życia wewnętrznego. Jaki sens w takiej sytuacji może mieć na­sza modlitwa? Czy może nastąpić prawdziwe spotkanie pomiędzy Sło­wem Bożym, tym Odwiecznym Słowem, a kimś, kto przyzwycza­ił się i żyje zamknięty w tym dobrze zakamuflowanym domu?

Nie myśl, że specjalnie przejaskrawiam znaczenie pokus, jakie bę­dą cię atakowały w celi. Jest to bowiem szczególnie ważne, abyśmy sobie bardzo dobrze zdawali sprawę z tego, że musimy wyjść po­za ludzkie zadowolenie, jakie daje nam samotność, jeżeli rzeczywi­ście chcemy otworzyć się na światło i prawdę, których to nigdy nie znaj­dziemy w sobie samych, a tylko w zapomnieniu i zrezygnowaniu ze swojego ja. Tylko wtedy możemy zacząć mówić o samotności ofia­rowanej Bogu.

Wizja, którą zarysowałem, jest alarmująca, i kusi nas, aby za­reago­wać nie z poddaniem się woli Bożej, a raczej bardzo naiwnie, w prze­konaniu, że dostateczna uwaga, dobra wola i nasza wytrwałość wystarczą nam, aby wszystko się dobrze ułożyło. Wszystko to jest na pewno potrzebne, ale nie rozwiązuje sprawy. Prawdziwe le­kar­stwo jest bowiem bardziej radykalne i sięga o wiele głębiej – to pra­wdziwe, autentyczne spotkanie z Chrystusem. Nieustannie przycho­dzi On do ciebie w Piśmie Świętym, przez swoją obecność w to­­bie samym; kieruje On Swoje słowo do ciebie osobiście, a Jego Duch stara się przeniknąć do głębi twojej duszy. Przyjmij je.

W rozmowie z Nikodemem Jezus pokazuje nam, co może się stać także i z nami, gdy Go spotkamy. Ten uczony w Piśmie zna wie­le mądrych teorii i jest zadufany w sobie. Kiedy Jezus przemawia do niego z powagą, opiera się, stawia zarzuty, które w jego przekona­niu są nie do odparcia. Tak naprawdę nie słucha Mistrza. Jezus pro­si go, aby się ponownie narodził, a on nie chce się na to zgodzić, choć jest to jedyny sposób, jeśli chce ujrzeć Królestwo Boże.

To jest prawdziwy sens samotności, którą chcesz przyjąć. Zrzek­nij się ludzkiej mądrości, wykalkulowanej roztropności i swoich własnych, dobrych zamiarów, abyś mógł wkroczyć w światło pra­wdy. Nieubłaganie – to światło wyjawi wszystkie przebiegłe triki i opór, jaki w tobie stawia „stary człowiek”, aby obronić się i rządzić to­bą. Musisz wyrazić zgodę na to, aby on zniknął, o ile rzeczywiście chcesz na nowo się narodzić i otrzymać nowe życie wypływające z głę­bi twojego serca, gdzie Bóg jest zawsze obecny, choć często nie je­­steś tego świadomy.

To jest nauka, jaką Jezus daje ci w świątyni: musisz całkowicie od­dać się do dyspozycji Ojca, ignorując wszystko, co Nim nie jest.

Kończąc te refleksje, polecam cię Dziewicy Maryi, która towarzy­szyła naszemu Panu Jezusowi podczas pierwszego nawiedzenia Świą­tyni. Ona także przeszła przez cierpienia, gdy odkryła, że Słowo Bo­że wymaga od Niej całkowitego zrzeczenia się wszystkiego, co zwią­zane było z Jej Synem. On bowiem należy wyłącznie do Boga. W ten sposób została Ona przygotowana do tego, by ciebie uczyć i pro­wadzić ku postawie poświęcenia siebie i wszystkiego po to, aby po­święcić się wyłącznie słuchaniu Ojca i narodzinom Boskiego słowa w twoim sercu.

Mój drogi przyjacielu, tych parę refleksji powinno dać ci wyobra­żenie, jakie wymogi stawia przed tobą życie kartuza. Cóż więc o nich myślisz? Czy jesteś zdecydowany dalej trwać w tym, co rozpocząłeś?


Mnich kartuski – fragment z książki „Rana miłości”


Skorzystaj z zestawu do modlitwy Jezusowejwejdź do naszej księgarni on-line


Skomentuj

Wybór z I tomu „Filokalii”
Możesz pomóc
Darowizna na rzecz projektu FILOKALIA

Kwota: PLN

Dołącz do nas
Praktyka modlitwy Jezusowej

Zapisz się do newslettera

Dołącz do grona zadowolonych subskrybentów i ciesz się z wartościowych tekstów o modlitwie serca. Na bieżąco będziemy informować o postępie prac nad pierwszym przekładem FILOKALII. W nagrodę otrzymasz darmowe E-BOOKI :)