Ogrom przekazu… Zrozumieć św. Hezychiusza z Synaju

przez admin w dziale Filokalia

Pierwsze pytanie, które zadaję studentom po lekturze jakiegokolwiek tekstu starożytnego lub średniowiecznego, brzmi: jak wrażenia? Często, gdy omawiamy teksty podwyższonego ryzyka, takie jak Teogonia Hezjoda, przeczuwając odpowiedzi, wyprzedzam je, zadając pytanie w zmodyfikowanej formie: jak wrażenia i dlaczego złe? Następnie próbujemy wspólnie ustalić, dlaczego tekst nie przypadł studentom do gustu. Jest to zadanie trudniejsze, niż można by się spodziewać. Lata obcowania ze współczesną literaturą (gdyby nie margines błędu, mógłbym powiedzieć po prostu: kryminałem i literaturą fantasy), serialem i filmem, tekstem internetowym, a także grami komputerowymi, tworzą w umysłach odbiorców – a raczej uczestników – na tyle silne poczucie normy, że w sytuacji napotkania literatury z zupełnie innej bajki w pierwszym odruchu obronnym student odrzuca tekst w całości i mówi po prostu: no, nie wiem, po prostu nie przypadło mi to do gustu. Po kilkunastu minutach drążenia udaje nam się w końcu ustalić, w czym rzecz, i prawie zawsze chodzi mniej więcej o to samo.

Po pierwsze, fabuła – albo jej nie ma, albo jest za prosta, albo męczy, albo nudzi, albo wszystko naraz. Po drugie, nagromadzenie imion i nazw, które przytłacza nieprzygotowany umysł, spowalniając ponadto i tak już ślamazarne tempo akcji. Po trzecie, opisowość, która zarzuca tenże umysł zbędnymi danymi. Nikogo przecież nie interesuje, czy na tarczy Achillesa były woły i lwy, kto kogo jadł i czy powinien – przejdziesz pan, panie Homer, wreszcie do rzeczy? Do tego dochodzą jeszcze boskie Odysy i wielkoduszne Alkinoosy, u Hezjoda pięćdziesiąt córek Nereusa, w Księdze Wyjścia mordęga prawnych regulacji, a w Psalmach swoista monotonia treści, spotęgowana hebrajskimi paralelizmami („ten Dawid to musiał być biedny, ciągle tylko płacze i płacze”). Nie potrzeba wiele empatii, by poczuć studenckie katusze i ujrzeć oczyma wyobraźni wielki znak zapytania, krzyczący rozpaczliwe „po co, po co ja to czytam?!”. Taka reakcja jest zupełnie zrozumiała i nie dotyczy oczywiście tylko studentów. Przedstawiciele starszych pokoleń mogą mieć nad młodymi przewagę w jednym, a w czym innym pozostawać w tyle, ale problem, niezależnie od rozłożenia akcentów, pozostaje ten sam. Wartość estetyczna tekstów starożytnych i średniowiecznych, aczkolwiek stanowi fundament współczesnego poczucia smaku, nie ma szans podbić z marszu dzisiejszych serc. (Można swobodnie pominąć wyjątki, czyli wszystkich biblistów czy filologów klasycznych. Przynależność do jednej z tych grup już na wstępie stawia warunek spaczenia umysłowego, poważnego odchylenia od normy. Pytanie, czy jest w tym coś złego?). Jak słusznie zauważył kilkadziesiąt lat temu W.H. Auden, zdecydowanie prościej i przyjemniej jest czytać o takiej literaturze niż ją samą. Innymi słowy, Mitologia Parandowskiego wygrywa tutaj z Iliadą, Mitologia nordycka Gaimana z sagami skandynawskimi, a książki Świderkówny ze Starym i Nowym Testamentem. Tak po prostu jest.

Dlatego z reguły nie sięga się po starożytne teksty w oczekiwaniu estetycznych uniesień, lecz z innych powodów. Jeden czytelnik chce poznać bliżej epokę, inny pogłębić swoją wiarę, jeszcze inny poddać eksploracji filozoficzne głębie starożytności. Przypomina to jednak nurkowanie w oceanie bez butli tlenowej. Intencje i chęci są szczere, zapał bywa ogromny, ale ocean to wciąż ocean. Prędzej czy później ta butla tlenowa jest potrzebna, inaczej się udusimy. Znam osoby, które próbowały poznać Platona przez jego dialogi i dały sobie spokój. Nie chodziło o stopień komplikacji, bo, z całym szacunkiem dla Platona, filozofia XIX i XX wieku ma jej w sobie zdecydowanie więcej. Chodziło o formę: dialogi w bogatej szacie literackiej nie przekonały umysłów przywykłych do traktatowej formy wykładania filozofii. Znam też osobę niebywałej inteligencji, która po próbie przeczytania Starego Testamentu została ateistką. Surowa brutalność ksiąg zwyczajnie ją odstraszyła: „I to ma być święta księga?!”. Wiem, że takich przypadków jest o wiele więcej. (Stary Testament od początku stanowił zresztą dla chrześcijan pewien problem i już w starożytności trzeba go było „oswajać”. Ale to już inna historia, choć mająca niebagatelny wpływ na kształt wielu tekstów Filokalii, w tym oczywiście na tekst Hezychiusza).

Żeby starodawny tekst mógł dotrzeć do nas tak, jak docierał do swoich pierwotnych odbiorców, musielibyśmy dokonać estetycznej kontrrewolucji i powrócić w naszych upodobaniach do przeszłości. Tego się zrobić nie da, i całe szczęście, bo to progres, nie regres, jest cechą naszej cywilizacji. Sukces takiego przedsięwzięcia oznaczałby zburzenie gmachu, który budowaliśmy od średniowiecza po dziś dzień i budujemy dalej. Można natomiast nie mniej ambitnie, a bardziej konstruktywnie założyć, że istnieje możliwość przywrócenia tych problematycznych tekstów do życia w pewnym ograniczonym zakresie. Aby takie zamierzenie zakończyło się powodzeniem, potrzebujemy wspomnianej butli tlenowej. Skoro nie będzie nią zmartwychwstałe nagle poczucie estetyki, starożytnej czy średniowiecznej, musi to być coś innego. Musi to być swojego rodzaju tabela kodów, garść podpowiedzi umożliwiających zmierzenie się z tekstem przy ograniczeniu mordęgi z jednej strony, a uprzyjemnieniu, na ile to możliwe, obcowania z nim ze strony drugiej.

W tym miejscu przechodzimy już do Hezychiusza, autora wyjątkowo niewyjątkowego. Jego rozdziały przedstawiają formę reprezentatywną dla Filokalii, a zawarty w nich przekaz doskonale komponuje się z myślą ojców neptyckich. To jest typowe. Co jest nietypowe, choć w Filokalii nieodosobnione, to literacki rozmach jego dzieła. Ojciec Szymon Hiżycki podał Czytelnikowi we wstępie cenne wskazówki co do lektury Hezychiusza, ja chciałbym ten temat drążyć dalej. Ośmielam się na to, ponieważ, jako filolog klasyczny, mam przywilej dostępu do wyrafinowania tego tekstu. Wiem, „jak zachwyca”, kiedy Czytelnika bez niezbędnych przygotowań wcale zachwycać nie musi. Co więcej, chciałbym w tym miejscu zaproponować Czytelnikowi kilka słów na temat samego tekstu, bez jego niewątpliwej głębi filozoficznej i teologicznej, bez drugiego czy trzeciego piętra. Hezychiuszowy tekst taki, jakim jest, ogołocony z nadbagażu przypisów, definicji, skojarzeń, goły po prostu.

Aby to zrobić, wynotujmy pokrótce igły, które nakłuwają współczesne upodobania. Hezychiusz, jak święty by nie był, jest pod tym względem zatwardziałym grzesznikiem. Nie daje nam zatem, po pierwsze, żadnej fabuły (tylko na pierwszy rzut oka!). Po drugie, choć nie zasypuje nas stertą ciężkostrawnych imion i dat, atakuje współczesny umysł obcą mu w dużej mierze terminologią. Po trzecie, jest nachalnie opisowy – tam, gdzie Czytelnik życzyłby sobie komunikatu, otrzymuje obraz. Po czwarte, tam, gdzie Czytelnik zagłębia się, chętnie lub nie, w obraz, tam zaraz pojawia się do bólu precyzyjny opis, mechaniczna wręcz deskrypcja takiego czy innego procesu umysłowego. Po piąte, gdy Czytelnik jest wysoko, Hezychiusz strąca go na ziemię przyziemnymi porównaniami. I po szóste, gdy Czytelnik podróżuje po ziemi, zostaje raptem porwany na nieboskłony mistycyzmu. Niejako zatem w pakiecie wraz z tekstem otrzymuje Czytelnik – o ile nie jest weteranem – gwarantowane poczucie zaburzenia decorum, takiego czytelniczego głupiego jasia. Żeby nie popadł w zniechęcenie, trzeba mu jeszcze przed lekturą zaproponować terapię.

2

Zacznijmy zatem od gorzkiej pigułki: tekst jest, jaki jest, parafrazowanie go raz, że już miało miejsce, a dwa, że po raz wtóry nie ma sensu. Już się odbyło, bo myśl Hezychiusza, będąca tyleż jego, ileż myślą poprzedzających go monastycznych gigantów, funkcjonuje w najlepsze po dziś dzień w doktrynie niejednego Kościoła i niejednego klasztoru. Nie ma sensu, bo atrakcyjna parafraza może się odbyć na dwa sposoby, poprzez wyciąg myśli albo poprzez wykrojenie z tekstu wątków najprzystępniejszych z dzisiejszego punktu widzenia. Pierwsze, jak wspomniałem, już się odbyło. Drugie bez całości pozostanie jałowe i Hezychiusz przegra w konfrontacji z dowolnym wierszokletą, a na to nie zasłużył.

Bierzmy zatem dzieło w całości, i tu od razu warto mieć pod ręką dwa krańcowo różne teksty: pierwszy lepszy tomik liryków Gałczyńskiego i pierwszy lepszy podręcznik obsługi programu komputerowego (niech to będzie Excel). Proszę nałożyć jedno na drugie, Gałczyńskiego na Excela, „spełniającą się w księżyc pełnię” na funkcję A, która przy założeniu X, Y oraz Z, powinna dać wynik B, będący jednak warunkową C i D. Dwa zupełnie różne rejestry, dwie zupełnie różne książki, po które sięga się w zupełnie różnych okolicznościach. Musimy sobie uświadomić, że umysł starożytny i średniowieczny był – ze względów, po które skromna myśl piszącego te słowa jeszcze nie sięga – daleko bardziej synkretyczny niż nasz. Obejmował to i to naraz, być może dlatego, że z tego i tego naraz korzystał najpierw w szkole, a potem w życiu. Niewątpliwie synkretycznemu ujmowaniu, a co za tym idzie – i co jest dla nas ważniejsze – pojmowaniu zjawisk, sprzyjał zdecydowanie węższy horyzont wiedzy i możliwości. Dzieło Hezychiusza jest jednocześnie dziełem literackim, przynależnym belles-lettres, jak i podręcznikiem, twardym manual, Handbuch. Zostało napisane po to i tylko po to, aby jednocześnie możliwie drobiazgowo wytłumaczyć Czytelnikowi, jak i możliwie perswazyjnie – a perswazja, peíthō, to sedno retoryki – dotrzeć do czytelnika, a nawet go onieśmielić. Hezychiusz jest trochę jak demony, o których pisze: atakuje z każdej strony. Dlatego nie należy się dziwić, gdy pisze o rurze, może i nie PCV, ale jednak, rurze: zwykłej, mającej umożliwić przepływ cieczy z miejsca A w miejsce B; gdy mówi o spulchniającym ziemię deszczu (co ludzi minionych interesowało bardziej niż nas – pamiętajmy, że miażdżąca większość z nich to rolnicy); gdy wspomina wymiotowanie i wydalanie – akty, jakby nie było, częste lub codzienne, nieodłączne czynności fizjologiczne każdej istoty ludzkiej. Pisze o tym, bo wszyscy czytelnicy – rolnik czy mieszczanin, biskup czy cesarz – mają to przed oczami, przeżyli to, brali w tym udział. Nie dało się lepiej przybliżyć tematu nieznanego niż poprzez temat znany, ignotum per gnotum. A że nie zawsze jest to ładne? No cóż, Hezychiusz chce czytelnika przede wszystkim czegoś nauczyć, a dopiero potem zabawić.

Przedmiot nieznany musi jednak do pewnego stopnia pozostać nieznany. Bóg jest nieogarniony, niewysłowiony, niepoddający się opisom. Po cóż więc sięga Hezychiusz? Po to, co jest znane, ale na swój sposób mało uchwytne: po światło. Jego tekst promienieje niczym góra Athos, mieni się blaskiem, poraża jasnością, emanuje błyskawicami. Hezychiuszowe światło jest nieogarnialne, monumentalne, prze­nikające, pełne życia. Rozwija się stopniowo, od kaganka po podniosłą iluminację. Z drugiej strony, jego ciemność obezwładnia i przeraża. Temu właśnie służą jego obrazy, właśnie dlatego są one tak rozwinięte. Autor tworzy pewną kompozycję, która ma czytelnika zdominować, na swój sposób wgnieść w ziemię. A gdy czytelnik leży powalony, z większą łatwością przyjmuje przeznaczoną mu treść. Znamy to. Jeśli nie z uniesień mistycznych, jeśli nie z lektury, to jednak wiemy, co dzieje się z tłumem porwanym ideą (częstą głupią, co z przykrością należy odnotować), wiemy, jak wiele dobrego i złego potrafi zdziałać jednostka poddana ogromowi przekazu. My, niektórzy z nas, mamy media, mamy Internet. Hezychiusz miał tylko tekst. Miał też jednak oddanego czytelnika z czystymi, przeważnie, intencjami, wdzięczny materiał, który można było urobić w Duchu Bożym tak, jak Hezychiusz to rozumiał. I wykorzystał swoje możliwości oraz władzę do cna, objawiając całą potęgę swojej wyobraźni, wraz z nabytą wiedzą.

Wiedza wymaga jednak pewnej dokładności, której Hezychiuszowi nie brakuje. Zanim zagłębimy się w tekst, musimy wiedzieć, że Grecy – grecka kultura, która stała się najpotężniejszym nośnikiem chrześcijaństwa – była niebywale precyzyjna w temacie człowieczego wnętrza. My mamy po prostu myśl, Grecy mają logismós, fantasía, frónema, énnoia i nóema. My mamy umysł, pozostający po dziś dzień w niewyjaśnionej relacji wobec mózgu, Grecy mieli serce, umysł, rozum. Nie twierdzę, że i dzisiaj nie stosuje się subtelniejszych definicji obejmujących nasze procesy duchowe. Twierdzę, że pewne środowiska, rozwijające się na podglebiu myśli helleńskiej i judejskiej, stosowały na co dzień to, co my dzisiaj, czasem w ograniczonym zakresie, stosujemy podczas seansów terapeutycznych. I to jest dobry punkt zaczepienia. Gdy idziemy do terapeuty, nie oczekujemy od niego pocieszenia czy gadki szmatki (a jeśli oczekujemy, to niepotrzebnie tracimy pieniądze), ale konkretnych propozycji rozwiązania naszych problemów. Tego samego oczekiwali czytelnicy Hezychiusza, i to właśnie im ofiarował: konkret. Dlatego konkretnie mówi: to a to dzieje się tu i tu, atak myślowy odbywa się w sercu, na straży serca staje to i to. Mnich jest umysłem, czyli jednostką duchową, ledwie przyodzianą w habit. Oczywiście, to wszystko są, na pewnym poziomie, metafory, nie należy ich jednak przeceniać. Te metafory są maksymalnie ukonkretnione, a przez częstość ich stosowania – od czasów znacznie wyprzedzających Hezychiusza, niezależnie od tego, kiedy dokładnie żył – skonwencjonalizowane. Jesteś umysłem, istotą duchową, wszystko dzieje się w twoim sercu. A serce nie jest, jak to strywializowali romantycy, po prostu siedliskiem uczuć. Serce jest twoim życiem, twoim wnętrzem, to tam dzieje się wszystko to, co istotne. Jeśli więc coś atakuje bramy twojego serca, to coś chce mieć na ciebie wpływ; jeśli coś jest na gruncie twojego serca, to coś już ma na ciebie wpływ, zły lub dobry. Brama nie jest jak drzwi z Ikei, konkretna i dotykalna, ale jednak nie można mieć najmniejszych wątpliwości, o co chodzi. Jest uchwytna, stawiając ci przed oczyma wejście do twojego duchowego wnętrza.

Oprócz przeplatańca przyziemności z marszem po nieboskłonie, obok skrajnie technicznych opisów, jest tu również wiara w erudycję czytelnika, podświadoma pewność kanonu. Dzisiaj percepcja kanonu uległa modyfikacji. Czy Gombrowicz powinien być czytany, czy nie, a jeśli tak, to jak? Czy Cortázara Gry w klasy są pomnikiem literatury na tyle ważnym, aby dalej czytali je ludzie, którzy wyznaczają, co należy czytać, czy też nie? Być patriotą tak, jak u Kamińskiego? Ulegać pięknu ojczyzny tak, jak ulegała mu Orzeszkowa – na sposób, w jaki mu ulegała, a który wielu ludzi współcześnie po prostu męczy? Dzisiaj dyskutujemy nad kanonem, jego kształt zmienia się jak pod podmuchami wiatrów. To zresztą dobrze, bo jaką wartość miałby kanon, gdyby nie towarzyszyły mu krytyczne refleksje? Wtedy jednak, w kręgu kultury helleńskiej i chrześcijańskiej, kanon był w swoich fundamentach ustalony: Pismo Święte obojga Testamentów oraz Homer i literatura klasyczna. Gdy więc Hezychiusz mówi o Menelaosie, mówi o kimś, kto był doskonale znany każdemu – lub większości – z jego czytelników. Takie odniesienie jeszcze prosto zrozumieć, bo nawet jeśli ktoś nie czytał Iliady, to jednak miał lub mógł mieć kontakt z Parandowskim. Hezychiuszowe oczekiwania rozciągają się jednak nie tylko po treść, ale również, zdecydowanie bardziej, po formę. Większość starożytnych i niemało średniowiecznych pisarzy przeszło kurs retoryki. A retoryka, wbrew współczesnym wyobrażeniom, nie była dyscypliną dedykowaną jedynie mówcom, osobom mającym przekonać słuchacza lub czytelnika do takiej czy innej racji. Peíthō, perswazję vel namowę, należy rozumieć szerzej, jako sztukę przekonywania w ogóle, w odniesieniu do każdej jednej rzeczy. Innymi słowy, jeśli tekst ma cokolwiek oznajmiać, musi to czynić w sposób wiarygodny oraz możliwie przyjemny. Stąd bierze się Hezychiuszowa metaforyka, obrazowość, detaliczność, stąd też podstawowe zabiegi literackie, takie jak ciągle powracająca w jego tekście figura etymologiczna. Autor wie, do kogo pisze, jakie wymagania stawia czytelnikowi, a jakie czytelnik jemu. Tak właśnie należy to rozumieć: cała retoryka tekstu, jego forma (rozdziały), jego tematyka, to rezultat wzajemnych oczekiwań.

Dzisiaj te proporcje uległy poważnemu zachwianiu na stronę czytelnika. Każdy obywatel Zachodu umie czytać i pisać. Jest to oczywiście ogromne osiągnięcie cywilizacyjne (wystarczy wspomnieć, jak duży odsetek ludzi nie umiał czytać całkiem niedawno, jeszcze w II RP), ale ma też swoje negatywne skutki, takie jak wtórny analfabetyzm (czytam, ale nie wiem, co czytam) czy swego rodzaju czytelnicza pycha. Czytelnik wybaczy mi, mam nadzieję, ten ostatni termin, ale jest on ważny. Otóż dzisiaj wychodzi się z założenia, że jeśli tekst nie trafia do czytelnika, to jest to wina autora. Jeśli jest on, wybierz dowolnie: przeintelektualizowany, nazbyt prymitywny, zanadto upiększony, i tak dalej, to go nie czytam i basta! Jest to typowo internetowy sposób czytania tekstu: jeśli tekst nie zainteresuje mnie po pierwszym akapicie, porzucam go; to problem autora, nie mój. Jeśli Czytelnik się ze mną nie zgadza – do czego ma święte prawo – niech spojrzy najpierw na pierwszy lepszy felieton internetowy, w dowolnym z wiodących internetowych portali. I niech przyjrzy się komentarzom. Spora część komentujących odrzuci tekst ze względu na formę, treść lub formę i treść, potępiając go w czambuł, co jest tym prostsze, że większość komentujących nie ma odwagi podpisać się własnym imieniem. Trzeźwy obserwator zapyta: ale kto tu kogo krytykuje? Czy ma ku temu wiedzę, kompetencje, stosowne wykształcenie? Zapomnieliśmy, że czytanie wymaga kompetencji, tak samo jak wspinanie się na Nanga Parbat czy walka na ringu. Gdyby niedzielny turysta wybrał się na wyprawę w Karakorum, zostałby potępiony i wyśmiany. Gdyby chłopak lub dziewczyna bez kondycji, siły i techniki weszli na ring i dostali tam to, na co wskutek własnej lekkomyślności zasłużyli, zostałoby to słusznie ocenione jako przejaw głupoty, a bolesne doświadczenie jako należyta kara. Gdy jednak ktoś zabiera się za jakiś tekst bez odpowiedniego przygotowania i odrzuca go jak zgniłe pomidory w sklepie – jakoś nie słychać słowa potępienia. A tym bardziej powinny one być słyszane, bo to z tekstem obcujemy na co dzień. To on, pomimo inwazji czynników audiowizualnych (będących zresztą niczym innym jak powrotem do naszych najstarszych korzeni, jedynie w zdecydowanie ulepszonej formie), dyktuje granice naszej myśli i opinii. My mówimy o prawach czytelnika, przede wszystkim o wykoślawionym pryncypium de gustibus non disputandum est, o gustach nie należy rozmawiać. Tamci, pierwsi czytelnicy naszego tekstu, mieli wyraźnie sprecyzowane wymagania, ale też umieli za nie nagradzać.

Hezychiusz darzył swoich czytelników ogromnym szacunkiem; gdyby go nie miał, nie wspinałby się na wyżyny swoich umiejętności, by unaocznić to, co miał do przekazania. Możemy być pewni, że ten szacunek był odwzajemniany. My jednak jesteśmy w podwójnie trudnej roli: jeśli chcemy w pełni przyjąć jego tekst, musimy uszanować zarówno autora, jak i jego pierwszego czytelnika; zarówno wymagania stawiane przez autora, jak i oczekiwania, które stawiali mu czytelnicy. Lektura tekstu Hezychiusza jest sama w sobie lekcją pokory, o której autor – i w zasadzie każdy inny autor Filokalii – tak obszernie pisał.

Na koniec, kwestia fabuły. Autor nie opowiada o X, którzy poprzez Y dociera do Z, mając po drodze A, B i C. A może jednak opowiada? By nie droczyć się z Czytelnikiem, powiem wprost: tu nie ma fabuły w sensie opowiadania o mnichu, który dostępuje wyżyn wskutek takich a takich wydarzeń. Na swój sposób możemy tu jednak mówić o fabule. Jest ona uniwersalna i adaptowalna dla każdego tekstu Filokalii, przynajmniej w zamyśle Nikodema Hagioryty i Makarego z Koryntu. Jest to opowieść o uniwersalnym bohaterze – umyśle, noũs – który, pokonując wielorakie zagrożenia duchowe, dostępuje Bożego poznania. Umysł, bo wedle Hezychiusza jesteśmy przede wszystkim jednostkami duchowymi. I jest to bohater wyjątkowo wdzięczny, ponieważ każdy może się z nim utożsamiać – i każdy czytelnik Hezychiusza powinien to robić. Hezychiusz pisze o tobie. Podczas lektury wchodzisz z nim w intymny związek. Co z tym zrobisz, twoja sprawa, ale warto zrobić to możliwie sumiennie, niezależnie od konkluzji. Naprawdę warto.


Cezary Dobak, tłumacz Filokalii. Wstęp do publikacji Św. Hezychiusz z Synaju. Drugiej części z serii Teksty z Filokalii. Przeczytaj również wywiad z ojcem Szymonem Hiżyckim OSB Mądry człowiek idzie wąską, złotą ścieżką rozsądku

5


Skomentuj

Wybór z I tomu „Filokalii”
Możesz pomóc
Darowizna na rzecz projektu FILOKALIA

Kwota: PLN

Dołącz do nas
Praktyka modlitwy Jezusowej

Zapisz się do newslettera

Dołącz do grona zadowolonych subskrybentów i ciesz się z wartościowych tekstów o modlitwie serca. Na bieżąco będziemy informować o postępie prac nad pierwszym przekładem FILOKALII. W nagrodę otrzymasz darmowe E-BOOKI :)