Mnisi – nie tylko ci święci. Skąd my to wiemy?

przez admin w dziale Filokalia

Szymon Hiżycki OSB: Mamy mówić o źródłach. Co należałoby wymienić na początek?

Prof. Ewa Wipszycka: Oczywiście literaturę monastyczną. Jest ona jednym z największych owoców ruchu monastycznego. Jestem głęboko przekonana, że także doświadczenie środowiska monastycznego starożytności legło u podstaw samowiedzy człowieka  o jego wnętrzu, że zrodziło refleksję nad naszymi myślami, reakcjami, uczuciami, która z czasem przybrała postać określaną mianem psychologii.

Jakiś przykład?

Jeden z największych teoretyków doktryny ascetycznej, Ewagriusz z Pontu, zwracał uwagę mnichom na to, że istnieje pewna gradacja skłonności do grzechów, z którymi oni walczą (nie jest jasne, czy Ewagriusz pisał o złych duchach, czy chodzi o natrętne myśli, czy nasze własne wady; to wszystko u niego jest bardzo subtelnie wymieszane). Najpierw asceta walczy z obżarstwem, potem przechodzi do wykorzeniania pożądliwości, potem toczy bój z chciwością, gniewliwością, zniechęceniem, próżnością, aby na końcu stanąć przed najpoważniejszym przeciwnikiem: pychą. Kolejność na tej liście może ulegać zmianie, w średniowieczu na samym początku wylądowało skąpstwo.  Mnich powinien świadomie toczyć walkę z kolejnymi przeciwnikami po to, by była skuteczną, i wyobrazić sobie, co powinien robić, żeby przeciwdziałać złu. Musiał w tym celu ustalić w jakim punkcie walki się znajduje, którego przeciwnika już  pokonał (czy toczy bój jeszcze z obżarstwem, czy też jest na wyższym poziomie, na którym powinien przede wszystkim strzec się przed niebezpieczeństwem pożądliwości). Ewagriusz domagał się więc niesłychanie precyzyjnej analizy myśli i uczuć, nie tylko czynów. Owa umiejętność pozostanie czymś charakterystycznym dla  świadomości europejskiej.

Jak można scharakteryzować jeszcze typ literatury monastycznej?

Najlepiej zacząć od wyliczenia gatunków literackich, które się na nią składają: apoftegmaty, biografie sławnych mnichów, opowieści będące relacjami z podróży po monastycznym świecie, tak zwane dyskursy ascetyczne (po grecku logoi, „przemówienia”), traktaty poświęcone doktrynie ascezy.

Niezwykle istotne źródło wiedzy o mnichach stanowią apoftegmaty. Są to sentencje, czy też porady, krótkie historyjki zakończone morałem. Znaczna część apoftegmatów przypisana jest słynnym Ojcom Pustyni. Teksty skierowane były przede wszystkim do ascetów młodych monastycznym stażem (co nie oznacza, że zawsze młodych wiekiem; na pustynię wielu przychodziło w zaawansowanym wieku), miały im przekazać mądrość kolejnych pokoleń pustyni (przede wszystkim dominuje materiał z Nitrii, Cel i Sketis).

Początki apoftegmatów są trudne do uchwycenia: mamy bowiem do czynienia z literaturą, która rodziła się bez interwencji pisma. Proces zapisu apoftegmatów rozpoczął się pod koniec IV w. W toku V w. powstały pierwsze ich zbiory.

W jakimś sensie apoftegmaty pełniły funkcje reguł, wskazywały, jak trzeba się zachowywać w różnych sytuacjach, nawet banalnych, ale ważnych. Jeden z nich opisuje dylemat, jaki powoduje w praktyce przestrzeganie zasady hierarchii. Do eremu z gościną przychodzi dwóch braci, jeden starszy, drugi młodszy, który jednak wcześniej został mnichem. Komu trzeba było najpierw umyć nogi, a to był zwykły gest uprzejmości wobec gościa, komu najpierw usłużyć? Starszemu stażem czy starszemu wiekiem? Trzeba było wybrać zasadę, która określi hierarchię: ten, kogo uzna się za pierwszego, nie tylko będzie miał pierwszy umyte nogi, ale najpierw dostanie pić i jeść, on rozpocznie modlitwy…

Taki monastyczny savoir-vivre?

W pewnym sensie tak.

Więc mamy apoftegmaty. Jakie jeszcze źródła informują nas bezpośrednio o pierwszych mieszkańcach pustyni?

Niezmiernie ważne są żywoty postaci wybitnych. Ich uczniowie odczuwali potrzebę podzielenia się swoimi wspomnieniami. Jeśli chciano zachować w pamięci środowiska jakiegoś wielkiego człowieka, który był postacią charyzmatyczną, spisywano jego żywot. Chodziło nie tylko o to, żeby utrwalić pamięć o świętym. Takie utwory pokazują szerokiemu gronu czytelników jakiś ideał mnicha, ku któremu trzeba dążyć.

W żywotach aż roi się od cudów, co dzisiejszego czytelnika raczej odstręcza, niż zachęca do lektury…

Charyzma i świętość muszą być udowodnione. A cóż jest lepszym tego dowodem niż znaki, to znaczy cuda, które jakiś święty zdziałał? Nasza niechęć do opisów cudów ma korzenie pozytywistyczne i jest zdumiewająco rozpowszechniona. Kiedy miewam wykłady, moi studenci z reguły się uśmiechają, gdy czytam teksty o cudach lub je komentuję, najwyżej podejmują próby racjonalizowania cudownych wydarzeń. Mają wielkie trudności z akceptowaniem nowoczesnych zasad badawczych nakazujących wyrzeczenie się dyskusji nad tym, czy dany cud miał miejsce czy nie. Nie żyjemy wszak w tamtych czasach, nie mamy żadnych instrumentów do robienia badań w tym zakresie i wara nam od tego. Nasze zadanie polega na tym, by ustalić, w co ludzie badanych czasów wierzyli. Jednak w XIX w. nasi pradziadowie podejmowali dyskusję o realności cudów i ich zachowanie pokutuje wśród niektórych do dziś.

Jaki jest pożytek z czytania żywotów?

Przede wszystkim poznajemy sposób myślenia środowiska. Ponadto żywoty niekiedy mówią o realiach dnia codziennego. Po prostu możemy zobaczyć tych ludzi jak gdyby przez dziurkę od klucza: ukradkiem i niepełnie, ale możemy. Istotny jest każdy szczegół. Poza tym, jak już mówiłam, żywot prezentuje ideał świętego, jakąś tęsknotę autora czy środowiska, dla którego pisał.

Przykre, że o wielu ważnych momentach w życiu swych bohaterów biografowie nie piszą, gdyż nie wydają się im one ważne. Na przykład, stosunkowo mało mówi się w nich o tym, co skłoniło bohatera do zostania mnichem. Jak gdyby przyjmuje się za oczywiste, że dobry chrześcijanin będzie chciał być mnichem i już.

Żywoty, podobnie jak i apoftegmaty, wymagają od historyka krytycznego spojrzenia, zwłaszcza gdy chce ich użyć do odtworzenia „rzeczywistości rzeczywistej”, a więc organizacji danej wspólnoty, jej sytuacji gospodarczej, liczby braci, relacji ze światem zewnętrznym. Autorzy tych kategorii utworów nie mieli wszak na celu opisania tego wszystkiego. Chcieli wielkich mnichów sławić i zachęcać innych do podobnej pobożności, dokonywali więc wyboru faktów, które by pasowały do tak zarysowanego celu. Gdy zamieszczali „własne” słowa pobożnych mnichów, z reguły je wymyślali – w starożytności nikt nie oczekiwał od historyka czy autora biografii, że będzie cytował dokładnie przemowy bohaterów (skąd by je zresztą wzięli, jeśli nie byli przy nich w odpowiednich chwilach; czy byliby w stanie zapamiętać długie tyrady?). O tym warto pamiętać; iluż historyków monastycyzmu nie wiedząc o tej literackiej zasadzie znanej wszystkim czytelnikom starożytności, proponowało absurdalne interpretacje rozmaitych epizodów czy opinii.

A teksty prawne mówią coś o mnichach?

Tekstów normatywnych mamy bardzo mało, chociaż są.  Rzadko się zdarzało, żeby państwo porządkowało prawnie życie mnisze.

Wróćmy  jednak do literatury, gdyż nie mówiłam o wszystkich jej gatunkach. Mam na myśli opowieści o sławnych mnichach w konwencji wspomnień z podróży: ktoś wędruje przez Egipt i opisuje, kogo widział, co usłyszał. Historia mnichów w Egipcie, wydana niedawno w Tyńcu, jest klasycznym przykładem tego gatunku. Czyta się ją czasami trochę tak, jak reportaż z podróży. Odbyła ją grupa mnichów, która przyjechała z Palestyny i zwiedziła różne ośrodki monastyczne, a jeden z jej członków opisał po powrocie to, co zobaczył. Podobny tekst to Palladiusza Opowiadania dla Lausosa.

A Kasjan?

Z Kasjanem to inna historia. Kasjan pisał po bardzo wielu latach od spotkania z monastycyzmem egipskim. Sam pochodził z terenów dzisiejszej Dobrudży. Najpierw trafił do Palestyny, a potem wraz z przyjacielem  wybrali się do Egiptu w przekonaniu, że egipski monastycyzm ma coś ciekawego do zaoferowania. Wydawało im się, że zostaną do końca życia w Egipcie. Ale doszło do konfliktów doktrynalnych, które spowodowały to, że Egipt musieli opuścić. Wpierw pojechali do Konstantynopola, aż w końcu obydwaj wylądowali w Rzymie. Ostatecznie osiedlili się w Galii. Jan Kasjan starał się zorganizować monastycyzm galijski na wzór egipskiego. Opuścił Egipt na samym początku V w., a zaczął pisać po 20 latach, czyli około 420 r. Pisał zasadniczo dla mieszkańców Galii. Dla nich opisał sławny monastycyzm egipski w dwóch dziełach: Institutiones, co trzeba przetłumaczyć jako Reguły (tam jest mowa o tym, jak mnich powinien być ubrany, co powinien jeść, jak się powinien modlić…); drugie jego dzieło to Rozmowy z Ojcami. W tym ostatnim dziele są szeroko omówione doktryny ascetyczne w formie rozmów z poszczególnymi „sławami” pustyni.

Wpływ Kasjana okazał się trwały…

Jan Kasjan to jest ktoś, kto w historii zakonów, w historii chrześcijańskiej w ogóle, jest niesłychanie ważnym autorem. Jego dzieła czytano przy posiłkach w klasztorach przez całe wieki. Stał się autorem klasycznym. Całym pokoleniom mnichów zalecał pewne rozwiązania, nie w sensie normatywnym, ale na zasadzie sugestii, jako ktoś doświadczony w życiu wewnętrznym.

Dziś trudno mówić o istnieniu tekstu, który miałby taką siłę przebicia…

Faktycznie takiej książki dziś nie ma. Ale lektury nie mają pewnie tej mocy sprawczej, jaką miały kiedyś. Popularność autora ma też skutki uboczne. Na skutek tego mamy ogromne trudności z krytycznym wydaniem Kasjana, ponieważ ilość rękopisów jest ogromna.

Jakie mamy jeszcze inne źródła do historii monastycyzmu?

Tak zwane dyskursy ascetyczne. Mają formę nauki, jaką mistrz wygłasza przed swymi uczniami. Bywają wśród nich utwory subtelne i pełne przejmującego zrozumienia trudności duchowych, bywają i śmiertelnie nudne powtarzające znane już wszystkim prawdy (to jak z kazaniami, czasami trudno mi jest zmusić się do ich studiowania, a przecież jestem wytrwałym „czytaczem” tekstów powstałych w przeszłości).

Mamy trochę autentycznych dokumentów, w których występują bracia. Są to teksty na papirusach, pergaminach, tabliczkach znajdowane w ruinach klasztorów i eremów. Są to na przykład listy, akty kupna i sprzedaży nieruchomości lub rozmai­tych artykułów, w których stroną bywali mnisi, rachunki klasztorów, zamówienia produktów lub surowców. Są niezmiernie cenne, gdyż ci, którzy je pisali, nie chcieli niczego przekazać potomności, załatwiali swoje sprawy i już. Możemy mieć do nich więcej zaufania, są wolne od natrętnego dydaktyzmu i manipulacji „przyrządzającej” tekst tak, aby lepiej głosił sławę świętych braci.

Ważne są dla nas także źródła archeologiczne. W latach sześćdziesiątych XX w. rozwinęła się osobna gałąź archeologii, tzw. archeologia monastyczna, która bada miejsca zamieszkałe w późnej starożytności przez wspólnoty monastyczne. Badania podjęte przez archeologów dają bardzo ciekawe efekty.

Przyznaję, że jestem entuzjastką archeologii monastycznej, gdyż pozwala nam ona zobaczyć nie tylko monastyczne cele, ale i krajobraz, w którym mnisi żyli. Możemy  popatrzeć oczami mnicha na okolicę i zobaczyć, jak daleko było do wody, dokąd mógł się udać, aby sprzedać to, co wyprodukował, skąd ludzie do niego ciągnęli, żeby go poprosić o błogosławieństwo, modlitwę i radę, gdzie mieszkali inni asceci, a gdzie był kościół, w którym uczestniczył we Mszy, czy widział ludzi pracujących na polach…

Czy możemy mówić o jakimś spektrum rozwiązań mieszkalnych, czy były to rozwiązania dość stabilne?

Inaczej rozwiązywali problemy mieszkaniowe eremici, inaczej mnisi żyjący w większych wspólnotach. Ci pierwsi najczęściej wykorzystywali grobowce z epoki faraonów, wyeksploatowane kamieniołomy, jaskinie; budowali niewielkie domy z kamienia lub z suszonej cegły. Znane nam klasztory mogą przyjąć postać „monastycznej wioski”. Proszę wyobrazić sobie wieś, która została ściśnięta na niewielkim terenie tak, że poszczególne chałupy opierają się jedna o drugą. Zapełniają one przestrzeń kilkudziesięciu, lub nawet więcej, hektarów. To gąszcz z krętymi uliczkami, po których mnisi chodzili i obijali się o siebie; posiłki spożywało się w dużym refektarzu, większość modlitw odbywała się w kościele wypchanym mnichami. Proszę po przeczytaniu tych zdań popatrzyć na plan klasztoru w Saqqara koło Memfis. Od razu wszystko stanie się jasne. Czasami na sporym terenie (najczęściej położonym na brzegu pustyni) wznoszono najważniejsze dla klasztoru budynki: kościół, refektarz, bibliotekę, magazyny, piekarnie, warsztaty rzemieślnicze; natomiast bracia sypiali w małych chałupkach wciśniętych tam, gdzie się dało. Znam tylko jedno miejsce, w którym występują dormitoria na 4 mnichów, położone w budynku a nie poza nim.

Czy archeolodzy dostarczają informacji o mentalności mnichów?

O tak. Już sam układ cel w terenie może nam coś o mnichach powiedzieć. Wystarczy przespacerować się do dolinek między wysokimi wzgórzami w Naqlun (proszę zobaczyć fotografię nr 11). Pamiętam, że kiedy robiłam spis śladów eremów na tym terenie, gdy znajdowałam pierwszy z nich, to wiedziałam, że jeśli okażę cierpliwość, zwłaszcza bystrość oczu, to znajdę kolejne, ponieważ mnisi „chcieli być osobno, ale razem”. Bardzo ciężko być kompletnie samemu na pustyni.

Więc mieszkali blisko siebie?

Chcieli i mieszkali. To było potrzebne; w ciężkim momencie zniechęcenia szli do sąsiada, porozmawiać, a w każdym razie wiedzieli, że ten sąsiad jest i że można na niego liczyć, że można go spotkać w drodze do kościoła, po wspólnych modłach z nim wrócić…W związku z tym wspomnę taki zabawny szczegół: w jednym z przepisów reguły z Naqlun jest napisane, że mnichom nie wolno siadywać na ławach glinianych, które były przy zabudowaniach, koło murów czy przy wejściu do eremów.

Dlaczegóż to?

Bo jak już się usiadło, to się gadało, niekoniecznie o rzeczach świętych. Mnisi toczyli ciężką walkę, aby zachować równowagę w jednym z najbardziej podstawowych elementów wspólnoty ludzkiej, czyli po prostu w komunikacji z sąsiadem. W Naqlun starano się, żeby mnich się nie komunikował za wszelką cenę. Istniał szereg zakazów. Na przykład chłopcy nie powinni przychodzić do eremu; niebezpieczeństwo pederastii i kontaktów homoseksualnych było realne i traktowano je poważnie. Ale jakoś sobie z tym problemem potrafiono dać radę. Kobiety oczywiście też nie powinny się zjawiać, ale przychodziły także i one, zapewne w gromadkach z mężczyznami, ażeby się mnichów poradzić, dostać od nich błogosławieństwo. Bywali bracia surowi, odmawiający wszelkich kontaktów z płcią przeciwną, ale egipscy mnisi byli zazwyczaj dość tolerancyjni.

Pani Profesor, co można zobaczyć dziś w takim eremie?

Można zobaczyć ściany pełne malowideł, napisów. To jest bardzo poważne źródło uzupełniające nasze źródła literackie.

Co mnisi malowali na tych ścianach?

Malowano przede wszystkim krzyże. Kiedy mnich się modlił, to powinien był patrzeć na wschód. I dlatego, jeśli tylko to było możliwe, robiono niszę w ścianie w kierunku wschodnim i we wnętrzu tej niszy malowano krzyż. Te mnisze  krzyże są krzyżami tryumfu, bo krzyż był dla nich symbolem życia, a nie śmierci. Nisze zdobiono także owocami, kwiatami, figurami geometrycznymi…

Krzyż był więc dla nich symbolem najważniejszym…

Krzyże były elementem naprawdę podstawowym, źródłem radości i nadziei dla tych ludzi. I dlatego tak dbali o to, żeby były radosne. Starożytność nie ma jakiegoś chrześcijańskiego symbolu cierpienia, krzyż nie pełnił tej funkcji. Poza tym jest trochę postaci świętych. Ale czymś, co mnie najbardziej zdumiało, kiedy się znalazłam po raz pierwszy w ośrodku, który się nazywa Cele, był fakt, że w tych eremach było mnóstwo dekoracji, które nie niosły w siebie żadnej religijnej treści, miały wyłącznie pomieszczenia upiększać. Jeżeli na ścianie są lamperie i motywy dekoracji geometrycznej, jeśli się pojawiają nawet kwiaty, to trudno chyba dostrzegać w tym przejawy pobożności. Nie spodziewałam się po mnichach, że będą chcieli mieć piękne cele. A ponadto pisali po ścianach…

A co takiego?

Wszystko, co im przychodziło do głowy. Pisali psalmy (lub ich urywki), katalogi królów  Judy i Izraela, daty Paschy,  prośby skierowane do gości o modlitwę, litanie świętych, których imiona wzywano, żeby wsparli modlących się mnichów.

Pisali tylko mnisi, czy także ich goście?

Także goście. Także i dziś możemy odczytać na ścianach ich imiona. Wśród nich byli też prawdziwi pielgrzymi, nie tylko bliżsi i dalsi sąsiedzi. Myślano, że poprzez podpis będzie można zyskać udział w owocach modlitw świętych mężów. Trochę nam to przypomina pogański jeszcze obyczaj trwający w chrześcijańskim świecie. W sanktuariach ludzie obrysowywali swoje stopy w jakimś dostępnym dla nich miejscu, na przykład, na płaskim dachu… Czasami pisali w środku swoje imię. Sens tego należy czytać tak: ja tutaj byłem, tu się modliłem do Boga, i tutaj szukałem opieki u świętego, i czynię to dalej wizerunkiem stóp.

Z jakiego okresu pochodzą najstarsze zachowane napisy?

Te napisy moim zdaniem są z VI w. Nie znam starszych, ale to nie znaczy, że ich nie było.

A krzyże?

Krzyże mamy już z V w.

To ciekawe, że freski i napisy dotrwały do naszych czasów.

Jeśli natrafiamy na jakiś erem porządnie zasypany piaskiem, to wtedy można liczyć na to, że się freski zachowały. Jeśli powietrze do malowideł docierało, szanse są niewielkie, choć pozostają resztki i jeśli będziemy bardzo cierpliwi, to w końcu ustalimy, co znajdowało się na ścianie. Niestety w miejscu o najbogatszej dekoracji ściennej, w Celach, można było cieszyć się freskami kilka godzin od chwili usunięcia piasku, czasem krócej. Zostawały zdjęcia i filmy, czasami dało się zrobić kalki na nylonowych płachtach.

Dlaczego tak szybko ulegały zniszczeniu?

Ponieważ piasek we wnętrzu eremu trzymał freski na murach; jak się usunęło piasek, to tynk odpadał niemal natychmiast. Jednak trwało to na tyle długo, że można sobie było wyobrazić świat mnichów, przekonać się, że był czymś wspaniałym. Szaleńczo barwne ścienne dekoracje jakoś nie przeszkadzały braciom w ascezie, woleli żyć w przedsionku do (barwnego) raju niż ponurej dziurze (ale byli i tacy bracia, którzy woleli ponure dziury, szkoda, że na ten temat nie pozostawili swych opinii w tekstach).

Wykopaliska pokazują nam garnki, których mnisi używali, strzępy ubrań, maty leżące na podłodze. Także resztki pożywienia. Możemy zobaczyć monastycyzm od kulis.

Z apoftegmatów znamy trzy słynne ośrodki monastyczne: Cele, Nitrię i Sketis. Czy we wszystkich tych trzech ośrodkach były prowadzone wykopaliska?

Były prowadzone w dwóch, w których kopać można, czyli w Celach i Sketis; natomiast w Nitrii wykopalisk prowadzić się nie da. Nitria była wewnątrz Delty, przy jej brzegu, ale na terenie, który był jałowy i stanowił taki spłacheć wewnętrznej pustyni. W Sketis, czyli we współczesnej Wadi el-Natrun żyją dziś mnisi i są okazałe, obronne klasztory.


Fragment rozmowy Szymona Hiżyckiego OSB z prof. Ewą Wipszycką „Mnisi – nie tylko ci święci…”


Zobacz monografię prof. Ewy Wipszyckiej „Drugi dar Nilu”


Skomentuj

Możesz pomóc
Darowizna na rzecz projektu FILOKALIA

Kwota: PLN

Podręcznik do modlitwy Jezusowej
Dołącz do nas
Praktyka modlitwy Jezusowej

Zapisz się do newslettera

Dołącz do grona zadowolonych subskrybentów i ciesz się z wartościowych tekstów o modlitwie serca. Na bieżąco będziemy informować o postępie prac nad pierwszym przekładem FILOKALII. W nagrodę otrzymasz darmowe E-BOOKI :)